Pi?kne b??kitne niebo by?o tak cudowne ?e gdyby nie fakt ?e le?a? na niewygodnym brukowanym kamieniu to by nie wstawa?. No ale jednak nierówno?ci wbija?y si? w jego cia?o wi?c podniós? si? do pozycji siedz?cej i zda? sobie z czego? spraw?, nie by? sam.
Na ogromnym placu o ?rednicy co najmniej kilku kilometrów znajdowa?y si? osoby... nie nie osoby, istoty, ca?a masa istot. Demony, olbrzymy dziwne jaszczurki, psowate o ludzkich kszta?tach by?o ich tak wiele ?e plac wygl?da? jak paleta barw dla niezdecydowanego artysty. By? pierwsz? osob? która si? ruszy?a wi?c mia? najlepszy wgl?d w sytuacj? i za nim wsta? zda? sobie z czego? spraw?. On czu?, to nie by? typowy ucisk na jego skafandrze który mia? w ten sposób przekazywa? ?e czego? dotkn??, on czu? szorstki kamień. I w tedy sobie przypomnia? co mówili o tej aktualizacji.
- Cybernetyczny cud. - wyszepta? z niedowierzaniem. To by?o arcydzie?o na tak? skale ?e nie móg? tego poj??, nie by? w stanie poj?? zaanga?owania jakiego trzeba by?o aby co? takiego stworzy?. Wsta? rozci?gaj?c si?, czu? nawet swoje mi??nie. "Kto? dostanie Bosk? podwy?k? jak wie?? o tych doznaniach rozejdzie si? w szerokim ?wiecie". Przesz?o mu przez my?l i staraj?c si? nie nadepn?? na porozrzucane po okolicy cia?a ruszy? w stron? szczytu budowli wystaj?cego z czubków ogromnych drzew, je?eli by?o jakie? miejsce do którego mieli si? kierowa? by?o ono w?a?nie tam. Lecz za nim dotar? do skraju lasu próbuj?c kluczy? miedzy podnosz?cymi si? postaciami dopad?a go pot??na sylwetka.
- Jasna cholera Lucas czy ty to widzisz! Czy ty to czujesz! To zmieni gr?, nie to zmieni ?wiat! - ogromny muskularny aryjczyk o szaleńczym spojrzeniu i g?o?nym barytonie który sprawia? ?e poczu? si? ma?y naskoczy? na niego gwa?townie ale zaraz odzyska? rezon odpychaj?c go od siebie, chod? z niema?ym trudem bo napastnik by? naprawd? pot??nie zbudowany.
- Odsuń si? natr?cie, kim ty w ogóle jeste?? - warkn?? staraj?c si? spiorunowa? go wzrokiem. To musia?o go troch? otrze?wi? bo opanowa? si? na chwil? po czym roze?mia?.
- Zapomnia?em teraz nie wy?wietlaj? si? imiona, to ja Martim. - na chwil? odebra?o mu mow?. Ten wielki olbrzym to by? Martim? Niby nie powinien si? jako? szczególnie dziwi? bo równie dobrze móg? nie by? cz?owiekiem ale z jakiego? powodu wybranie przez niego takiego awatara by?o, dziwne.
- A, przepraszam zaskoczy?e? mnie. - staraj?c si? odci?? od tej niezr?cznej sytuacji wskaza? na budynek w oddali. - Idziemy?
- No jasne nie mog? si? doczeka? a? dotkn? zamkowych murów. - mówi?c to za?mia? si?, a ten ?miech, cholera by? tak szczery i dono?ny ?e niemal wszyscy w promieniu dwudziestu metrów obrócili si? w ich stron?. Speszony spojrzeniami tyloma obcych i nieludzkich oczu pogoni? Martima pchaj?c go w kierunku wierzy.
Jak si? okaza?o w drodze nie doceni? trzech rzeczy, po pierwsze od strony miejsca gdzie si? pojawili nie by?o pe?nego obrazu tego jak naprawd? wielkie s? drzewa, a by?y ogromne o pniach tak wielkich ?e kilku a w niektórych przypadkach kilkunastu Martinów nie by?oby w stanie obj?? takiego drzewa, drug? tak? rzecz? by? fakt ?e by? boso a drzewa mia?y tak g?ste listowie ?e nie przebija?o si? przez nie wystarczaj?co ?wiat?a aby mog?a wyrosn?? trawa wi?c chodzi? po twardej ziemi cz?sto musz?c przystawa? aby wyci?ga? ostre ga??zki, by?o to tak realistyczne ?e nie by? o to nawet z?y, a trzeci? rzecz? by?a odleg?o??. Jak si? okaza?o wychodz?c z placu rankiem dotarli do muru obronnego godzin? po zmierzchu s?dz?c po pozycji s?ońca poniewa? jak si? okaza?o nikt nie wiedzia? w jaki sposób otworzy? ekwipunek b?d? wezwa? swojego wierzchowca, wszyscy bez wyj?tku mieli na sobie prost? bia?? koszul? oraz szaro br?zowe spodnie, chod? ci którzy mieli ogony mieli w odpowiednich miejscach dziury.
Przechodz?c przez bramy miasta mieli wra?enie ?e zosta?a ona stworzona z my?l? o wpuszczaniu do miasta najwi?kszych gigantów mimo ?e domy by?y w g?ównej mierze raczej normalnych rozmiarów. Id?c do miasta Martim opowiedzia? mu wi?kszo?? podstawowych faktów i zasad jak? pod??a?o si? w Infiniti i wyja?ni? jaka powinna by? pierwsza rzecz któr? powinni wykona?.
- Generalnie musimy si? zarejestrowa? w mie?cie. - wyja?ni? Martim.
- Rozumiem a w jaki sposób to zrobi??
- Nie mam poj?cia.
- Super. - podsumowa? i szli dalej g?ówn? ulic? delektuj?c si? widokiem pi?knych kamienic i p?askorze?b je zdobi?cych. Nie maj?c pomys?u do czego s?u?y obelisk o wysoko?ci pi?tnastu metrów emanuj?cy delikatnym niebieskim ?wiat?em ruszyli do drugiego charakterystycznego punktu, ogromnej wierzy w kszta?cie rombu z przeci?ciem po?rodku które po zapadni?ciu zmierzchu ?wieci?o jasno zielonym ?wiat?em.
- Masz jakie? pomys? co to morze by?? I czy naprawd? nie wiesz nic o tym co si? dzieje? No bo wiesz dziwnie si? czuj?.
- Co? ci dolega?
- W pewnym sensie, jestem zm?czony a nie mam ?adnego komunikatu. - zauwa?y? ?e awatar Martima spojrza? na niego badawczo.
- Jak bardzo?
- Na tyle ?e z ch?ci? bym si? zdrzemn?. - Nie odpowiedzia? mu na t? uwag? ale jednocze?nie jej nie zignorowa? widzia? jak jego palce staraj? si? znowu przywo?a? jak?kolwiek funkcj? która by?a wcze?niej.
- O, pami?tam to miejsce - odezwa? si? na rozwidleniu schodów.
- Dok?d prowadz??
- Wcze?niej prowadzi?y do bram mi?dzy ?wiatami, co prawda teraz mog? prowadzi? gdzie indziej ale przynajmniej jest co? znajomego.
- Chocia? tyle. - burkn?? pod nosem i ruszy? wzd?u? schodów zaczynaj?c rozumie? ?e niemal wszystko w tym mie?cie zosta?o zbudowane tak aby ka?da istota niezale?nie od kszta?tu i rozmiaru by?a w stanie wygodnie si? przemieszcza?, to co wzi?? pocz?tkowo za mur by?o w rzeczywisto?ci ogromnymi stopniami dla kogo? wi?kszego. Staraj?c si? zbytnio nie rozprasza? dotarli w końcu do końca on ca?y spocony, Martim jakby wspi?? si? na pierwsze pi?tro.
- No dobra to gdzie ta ca?a brama ?wiatów? - zapyta? staraj?c si? nie dysze?.
- Teoretycznie powinna by? na ?rodku tam. - wskaza? palcem na miejsce gdzie sta? ma?y drewniany budynek z wierz?. Odnosi?o si? wra?enie ?e ca?o?? jest nie na miejscu w mie?cie gdzie wszystko by?o zbudowane z jednolitego szarego kamienia.
- Czy tam si? przypadkiem nie pali ?wiat?o? - zapyta? jakby niepewny czy nie ma omamów.
- Tak i kto? stoi za tamt? lad?. - potwierdzi? Martim ruszaj?c niemal biegiem. Docieraj?c na miejsce nie by? pewny czego si? spodziewa? ale ostatecznie nie zdziwi? si? widz?c, no w?a?nie nie wiadomo co bo posta? ca?a by?a zawini?ta w banda?e i tylko ciemno ?ó?te oczy ?wiadczy?y ?e nie jest to cz?owiek.
- Dzień dobry w czym mog? s?u?y?? - odezwa? si? chrapliwy nieprzyjemny g?os który sprawia? ?e po ca?ym ciele przechodzi?y mu ciarki.
- Gdzie jeste?my? - zapyta? bez ogródek Martim.
- W mie?cie. - stwierdzi? lekko rozbawiony nieznajomy.
- Jakim? Jak si? nazywa?
- To miasto nie ma jeszcze nadanej nazwy. Czy przybyli panowie po przysi?g?? - mrugaj?c zdezorientowany na te s?owa spojrza? na Martima który zmarszczy? brwi.
- Odebra?em swoj? ju? dawno temu nie potrzebuj? jej. - odpowiedzia? niepewnym g?osem Martim.
- Wed?ug naszych zapisów jeszcze nikt nie z?o?y? przysi?gi. - na te s?owa Martimowi rozszerzy?y si? oczy a nast?pnie zap?on? w nich gniew.
- Je?eli chcesz mi powiedzie? ?e wyspy ju? nie ma....
- Nasze zapisy wykazuj? ?e nikt nie z?o?y? przysi?gi. - przerwa?a istota mocniej naciskaj?c na s?owa lecz to nie uspokoi?o Martima.
- Chc? j? z?o?y?, natychmiast.
- W takim razie prosz? si? uda? do jednego z... - wi?cej nie powiedzia? poniewa? mówi?by do jego pleców, Martim zamkn?? si? z trzaskiem w jednej z przybudówek. Przez chwil? patrza? za nim ale nieznajomy znów si? odezwa?, tym razem jego nieprzyjemny g?os by? skierowany do niego.
- Czy Ono te? jest zainteresowany z?o?eniem przysi?gi?
- Ja... nie jestem pewny, czy pracuje pan tutaj? - ca?kowicie zignorowa? zaimek jakim go potraktowa? prawdopodobnie b?d?c w zbyt du?ym zmieszaniu.
- Tak czy b?dzie Ono potrzebowa?o pomocy?
- Tak. - potwierdzi? z wahaniem na co jedyny pracownik w mie?cie z jakim si? spotka? zadzwoni? dzwoneczkiem który by? pod blatem i zza jego drzwi wyszed? niemal identyczny stwór.
- W takim razie prosz? za mn?. - wyszed? zza lady kieruj?c si? do przybudówki oddalonej w przeciwn? stron? od tej do której wszed? Martim. Delikatnie zaniepokojony ruszy? za, czym?, ostatecznie stwierdzi? ?e musi mu zadawa? pytania inaczej niczego si? nie dowie.
Unauthorized duplication: this tale has been taken without consent. Report sightings.
- Czy jest Pan zobowi?zany do odpowiadania na moje pytania? - zdecydowa? si? na formalny ton jaki cz?sto przyjmowa? rozmawiaj?c z nowymi wspó?pracownikami.
- Tak. - potwierdzi? wchodz?c do przybudówki która by?a eleganckim i jednocze?nie skromnie umeblowanym pokojem. - Ale tylko na te które nie dotycz? mnie, czy odpowiem na pytania dotycz?ce mojej osoby to ju? moja kwestia.
- Rozumiem wi?c moje pierwsze pytanie dlaczego okre?lasz mnie jako Ono. Dlaczego tak si? do mnie zwracasz? - najwyra?niej to pytanie by?o z perspektywy jego rozmówcy czym? dziwnym poniewa? delikatnie przechyli? g?ow? w zastanowieniu.
- Z powodu rasy, czy?by moje instynkty si? myli?y?
- S?ucham? Jakiej... - i w tedy zrozumia?, rasy, rasy któr? sobie wybra?. - Och, no tak. To troch? niezr?czne prosz? mówi? do mnie w m?skiej osobie, no chyba ?e dam zna? inaczej.
- Rozumiem, wi?c czego chcia?by si? Pan dowiedzie??
- Czy jest Pan demonem?
- Tak.
- Czy, pan te? z?o?y? przysi?g? przez któr? jest w tym miejscu?
- Nie przysi?g? tylko pakt, i uprzedzaj?c pytanie nie mog? Panu powiedzie? z kim zawar?em pakt i od razu mog? powiedzie? ?e nie ma on nic wspólnego z dokumentem który Panu przedstawi?.
- Rozumiem, wi?c prosz? mi go pokaza?. - demon zrobi? to z wyra?n? ch?ci? najwyra?niej nie lubi? by? tematem rozmów.
- Do czego zobowi?zuj? si? podpisuj?c ten dokument? - zapyta? uwa?nie si? w niego wczytuj?c.
- Sk?ada Pan przysi?g? miastu który w zamian daje Panu przyzwolenie terytorialne a tak?e wiele innych przywilejów jak na przyk?ad zakup nieruchomo?ci w wewn?trznym mie?cie.
- Mhm - mrukn?? potwierdzaj?co aby da? mu zna? aby kontynuowa?.
- Ma Pan tak?e mo?liwo?? wykupienia specjalnych pomieszczeń a tak?e wykupienia strefy bankowej po ni?szej mar?y oraz mo?liwo?? odrodzenia si? na placu chrzciciela.
- Gdzie si? znajduje?
- Prawdopodobnie przechodzi? Pan obok niego du?y sto?kowy filar emanuj?cy b??kitem.
- Aha. - wskaza? na dwa podpunkty w dokumencie który trzyma?. - Co to dok?adnie jest przyzwolenie terytorialne w podprzestrzeni o powierzchni stu metrów kwadratowych?
- Je?eli Pan to podpisze b?dzie mia? mo?liwo?? korzystania z prywatnej wyspy. - s?ysza? o tym od Martima jedna z pierwszych rzeczy jakie powinien zrobi? nowy u?ytkownik Infiniti.
- Rozumiem a o co chodzi z mo?liwo?ci? zmiany miasta w ramach zas?ug?
- Je?eli inny w?adca miasta si? zgodzi mo?e si? Pan przenie?? do innego miasta co b?dzie jednocze?nie oznacza?o transfer wyspy i utrat? innych przywilejów w poprzednim mie?cie w tym braku dost?pu do wcze?niej zakupionych kapita?ów dla elity miasta. - bior?c to wszystko pod uwag? warunki umowy by?y klarowne ale, czy nie rozmawia? z demonem? Wsta? podchodz?c do lampy zawieszonej na ?cianie i przyjrza? si? dokumentowi pod ?wiat?o z obu stron zwracaj?c uwag? na kunszt wykonania tego dwustronicowemu dokumentowi kiedy uzna? ?e nie ma tam ?adnych tajemnych podpunktów odwróci? si? do urz?dnika miasta i... w pierwszej chwili nie by? pewny co w nim widzi ale zaraz zrozumia? ?e jego rozmówca z trudem powstrzymuje ?miech.
- Doprawdy od razu wida? ?e jest Pan z naszej krwi, polubi?em Pana jest Pan bardzo czujny to si? przyda w czasach które nadejd?. Gdyby mia? Pan dokona? jakiego? zakupu prosz? si? upomnie? o Dartiana ch?tnie pomog? tak d?ugo jak nie b?dzie to narusza?o klauzul miasta.
- Rozumiem, wi?c gdzie mam podpisa??
- Tu si? nie podpisuje atramentem. - wskaza? przy tym nó? le??cy na stole.
- Uroczo. - sarkn?? niezadowolony ale naci?? palec i przy?o?y? do arkusza, z jakiego? powodu nie by? zaskoczony bólem przy odciskaniu krwi na arkuszu i zacz?? ssa? ran? po odbiciu kciuka.
- Jaki wybiera Pan herb?
- Herb?
- Tak musi Pan wybra? jaki? przedmiot na którym b?dzie si? znajdowa? pański znak, oczywi?cie nie b?dzie pan musia? tego zawsze u?ywa? ale bez niego b?dzie Pan zmuszony robi? to za ka?dym razem. - mówi?c to wskaza? na kciuk który trzyma? w ustach.
- Pier?cień z wygrawerowanym srebrnym krukiem na czarnym tle pier?cień te? ma by? wykonany z srebra. - paln? to pó? ?artem ale urz?dnik tylko skin?? g?ow?.
- Co? jeszcze? - taka szybka zgoda zbi?a go z tropu.
- Jaki? sznurek abym móg? go sobie zawiesi?.
- Dobrze chcia?bym tylko ostrzec ?e nie wolno sprzedawa? tego przedmiotu.
- Dobrze to wszystko kiedy otrzymam swoj? w?asno??? - demon u?miechn?? si? pod swoimi banda?ami.
- Ju? na Pana czeka prosz? podej?? do lady.
Przejmuj?c swój sygnet zauwa?y? jak w drobnym rozb?yskiem ?wiat?a z ?ciany wy?ania si? Martim musia? najwyra?niej ju? sprawdzi? swoj? wysp? i by? w?ciek?y jak szerszeń.
- Co to ma znaczy?! To pieprzony ?art gdzie moja wyspa! - Martim zacz?? podchodzi? do demona emanuj?c bia?o z?otym blaskiem, jego r?ce unosi?y si? gdy si? do niego zbli?a? ale w odleg?o?ci pi?ciu metrów Martim zastyg?, Lucas te?.
Zrobi?o si? zimno, bardzo zimno. Je?eli mo?na by?o porówna? wulkan emocji jaki kipia? od Martima z przed chwili to teraz obydwoje poczuli si? jakby kto? wci?gn?? ich na dno oceanu.
- Ten jeden raz obywatelu Martimie nie wyci?gn? konsekwencji. - chrapliwy g?os demona nie uniós? si? nawet o oktaw? ale z jakiego? powodu obydwoje poczuli jak przechodzi ich na wskro?, jak dotyka ich g??boko zakorzenionego instynktu przetrwania. - Lecz je?eli z premedytacj? zaatakuje Pan urz?dnika miasta to chc? poinformowa? ?e mo?e straci? Pan nie tylko obywatelstwo ale te? co? znacznie bardziej znacz?cego, i nawet b?ogos?awieństwa twoich Bogów ci nie pomog?, herosie ?wiat?a. - ostatnie s?owa powiedzia? jakby z przek?sem ale nieprzyjemne zimno usta?o, jakby nigdy go nie by?o, przera?aj?ce. Martim odwróci? si? na pi?cie i skierowa? z powrotem w stron? schodów.
Szli obok siebie w milczeniu, on nie zamierza? si? pyta? o wybuch z?o?ci a on z tego t?umaczy? wi?c zag??biali si? w miasto do którego z ka?d? chwil? przybywa?y nowe istoty, chod? niektóre nawet przylecia?y co by?o wydarzeniem na tyle ciekawym ?e nie ka?dy opanowa? to w pe?ni dzi?ki czemu mieli okazj? podziwia? kilka spektakularnych awaryjnych l?dowań, poprawi?o im to humory.
- Musimy znale?? miejsce na nocleg - oznajmi? Martim obserwuj?c kolejnego lataj?cego awatara przypominaj?cego budow? nietoperza który robi? trzecie podej?cie do tego aby wyl?dowa? bezpiecznie na latarni.
- Chcia?bym si? ju? dzisiaj zwija?, no wiesz mam egzaminy, one s? dla mnie wa?ne Martim. - Martim przez chwil? milcza? przygl?daj?c si? jak nietoperzowi w końcu uda?o si? wyl?dowa?.
- Lucas, wydaje mi si? ?e powsta? jaki? b??d, st?d nie da si? wylogowa?. - pocz?tkowo tylko si? patrzy?, patrza? na t? idealn? aryjsk? twarz i zastanawia? si? jak mo?na powiedzie? ?art z tak powa?n? min?, i zrozumia?, on nie ?artowa?. Pierwszy raz w swoim ?yciu, zapragn?? kogo? zat?uc na ?mier?.
- Ty gnoju. - powiedzia? rw?cym si? z gniewu g?osem. - Ty zasrany bogato urodzony gnoju, czy ty chcesz mi powiedzie? ?e w?a?nie zaprzepa?ci?em swoje ?ycie tylko dlatego ?e ty nie mia?e? z kim pogra? w debiln? gierk??!
- Lucas to nie moja...
- Oczywi?cie ?e twoja wina ty bezwarto?ciowy ?mieciu! Czy ty sobie zdajesz co si? teraz ze mn? stanie?! Wyl?duje w slumsach! Nie podejd? do testów i nie zdob?d? mo?liwo?ci zdobycia pracy, czy ty wiesz jak d?ugo harowa?em aby móc ubiega? si? o stypendium?!
- Lucas to nie ja zablokowa?em mo?liwo?? wylogowania to nie moja...
Uderzy? go. Tak po prostu zamachn?? si? i przywali? mu z ca?ej si?y jak? posiada? i, niewiele mu to da?o. D?oń go zabola?a a Martim zachwia? si? bardziej ze zdziwienia ni? odrzutu, ca?kowicie zignorowa? ból d?oni w czym pomog?a mu narastaj?ca w?ciek?o??.
- Ty rozpieszczony skurwysynie ty gnoju ca?e moje ?ycie przekre?lone z powodu twojej zachcianki. - krzycza? próbuj?c pi??ciami przebi? si? do jego twarzy ale by? na tyle wysoki ?e wystarczy?o uniesienie gardy i nie by? w stanie go dosi?gn??. Bicie go przypomina?o bardziej prób? obalenia go?ymi r?kami drzewa a Martim przez jaki? czas znosi? to z obra?onym wyrazem twarzy a? w końcu musia? powiedzie? co? naprawd? nieprzyjemnego bo w oczach Martima zapali? si? nieprzyjemny b?ysk po którym si? zamachn??, i w ten sposób najpierw mia? dziwn? przyjemno?? zobaczy? troch? bli?ej nietoperza który przygl?da? im si? podczas ich k?ótni a nast?pnie obróci? si? w powietrzu akurat w takim momencie aby zderzy? si? twarz? prosto w zdobion? w p?askorze?by ?cian? kamienicy, dalej zapad?a ciemno??.
*
Twarde deski troch? szumu i wilgo? w powietrzu, no i g?ód przede wszystkim g?ód. Gdyby mia? potrzeb? spisa? pierwsze zdanie na temat spania w przestrzeni cyfrowej prawdopodobnie by to zrobi? i oznaczy? jako negatywny komentarz, ale poniewa? szum g?owy bardzo szybko przerodzi? si? w ból pierwsze s?owa które wypowiedzia? po ?nie w przestrzeni cyfrowej brzmia?y.
- Aaaa?a moja g?owa. - ?api?c si? za ni? obiema r?kami przekr?ci? si? tak aby nie widzie? ?wiat?a które k?u?o go tak jakby by? na pot??nym kacu. Staraj?c si? wsta? i opanowa? zawroty g?owy rozejrza? si? po otoczeniu w którym si? znajdowa?.
- Drewniany budynek. - mrukn?? pod nosem aby zebra? my?li, podpieraj?c si? ?ciany wyszed? ze swojego pokoju i ruszy? schodami na parter w stron? drzwi. Gdy je otworzy? zmru?y? oczy które potrzebowa?y dobrej chwili aby si? przyzwyczai?.
- O ?pi?ca królewna jak mi?o ?e przyszed?e?. - odezwa? si? tubalny g?os z góry. Lekko zdezorientowany uniós? wzrok gdzie spotka? tym razem wisz?cego do góry nogami przero?ni?tego nietoperza.
- Mhm dzień dobry. - przywita? si? po czym rozejrza?. - Wiesz mo?e ile spa?em?
- Prawie dwa dni. - g?os nietoperza by? zaskakuj?co dra?ni?cy jakby jego ?ycie opiera?o si? na wylewaniu jeszcze wi?kszego szamba na osoby które i tak s? w nim po uszy. Skrzywi? si? na zmarnowanie tak d?ugiego czasu a nast?pnie go zmrozi?o. Dwa dni, ju? dawno po egzaminach, wszystko przepad?o, nie pozosta?o mu nic. Bezw?adnie osun?? si? po framudze drzwi, siedz?c na kamiennym stopniu nie czu? niczego, ani z?o?ci ani poczucia straconej szansy by? po prostu, pusty.
- A tak ogólnie to czeka?em na ciebie z ciekawo?ci czy aby na pewno si? obudzisz no bo wiesz jak lecia?e? tak obok mnie to pierwsze co pomy?la?em to, oho ju? po ch?opie. - skomentowa? ?artobliwie nietoperz na co otworzy? oczy. No tak przecie? oberwa? od Martima, gdzie móg? teraz by?? Najwyra?niej nietoperz by? ca?kiem dobry w odczytywaniu emocji bo przekrzywi? swoj? brzydk? na wpó? zwierz?c? twarz.
- Generalnie to jako? nie szczególnie mnie interesujesz, przynajmniej teraz kiedy zobaczy?em ?e prze?y?e?, ale twój kumpel zorganizowa? stra? obywatelsk? czy jako? tak i nie b?dzie go do wieczora.
- Co zrobi??
- No stra? nie s?ysza?e??
- By?em zaj?ty nie umieraniem.
- A no tak, no wi?c obecnie to wygl?da tak ?e niektórzy obywatele nie s? jako? szczególnie mili i s? bardzo ch?tni to tego aby si? pozabija? a twój kumpel Martim ma ca?kiem du?o si?y w tych swoich ?apach i skutecznie ich u?ywa aby im ten pomys? wyperswadowa?. - gada? jak naj?ty bez próby zaczerpni?cia tchu, "co za irytuj?ce... co?".
- No dobra a dlaczego chc? si? pozabija??
- Bo nie ma jedzenia.
- I jak mia?oby to pomóc?
- Nie wiem ale od dwóch dni nie ma jedzenia i wszyscy chodz? wkurzeni maj?c ochot? zje?? siebie nawzajem.
- Super, brzmi jak wymarzona sytuacja. - troch? si? dziwi? ?e Martim przej?? jako takie stery. - A tak ogólnie to co ty tu robisz?
- Na razie sobie wisz? a co?
- Masz skrzyd?a dlaczego wi?c nie polecisz nazbiera? jakiej? ?ywno?ci? Na pewno kto? by ci za ni? podzi?kowa?, no i sam by? si? najad?. - skrzydlaty rozmówca u?miechn?? si? oble?nie.
- Jako? w?tpi? aby kto? by? ch?tny do pomocy mnie wi?c nie widz? potrzeby aby pomaga? komu?, a co do mnie to si? nie martw ja sobie poradz?, no dobra ja lec? bo ogólnie to moja rasa jest raczej stworzeniem nocnym wi?c id? si? gdzie? zdrzemn??. - gdy szykowa? si? do lotu krzykn?? jeszcze do niego.
- A jakiej jeste? rasy?
- Z rasy zwierz?cej, chyba nie b?dziesz mnie pyta? o gatunek? - zapyta? sarkastycznie i nie czekaj?c na odpowied? bezg?o?nie odlecia? klucz?c nisko miedzy budynkami. Jeszcze przez chwil? siedzia? na swoim schodku za nim postanowi? si? przej??, w końcu nie mog?o by? tak ?le, prawda?

